Na zagraniczne wczasy nie stać 80 proc. Rosjan

admin | Hotele, Noclegi, Plaża, Wakacje, Wczasy | 5 czerwca 2008

Wczasy za granicą na razie nie stały się dla Rosjan powszechną praktyką; nie może sobie na nie pozwolić 80 procent społeczeństwa - wynika z opublikowanego w sobotę sondażu.

W ciągu ostatnich trzech lat liczba tych, którzy uważają, że stać ich na zagraniczny odpoczynek, wzrosła o 2 proc. (z 13 do 15 proc.), a liczba tych, którzy są przeciwnego zdania, zmalała z 84 do 80 proc. - pokazują wyniki badań prowadzonych przez Fundację “Opinia Publiczna” (FOM). Zamieszcza je strona internetowa Newsru.com.

Nie wszyscy, którzy nie wyjeżdżają za granicę, tłumaczą to brakiem środków, choć dla większości (58 proc.) to jest właśnie powodem. 6 proc. tłumaczy, że nie może opuścić pracy, 3 proc. objaśnia to problemami osobistymi, jeszcze mniejszy odsetek - złym stanem zdrowia, podeszłym wiekiem i innymi przyczynami.

Gdyby mieli możliwości finansowe ci Rosjanie, którzy ich nie mają, to najchętniej odwiedziliby Francję (12 proc.), Włochy (10 proc.) i Niemcy (8 proc.). Kolejne miejsca zajmują Egipt i Turcja (7 i 6 proc.), USA wabią 6 proc. Rosjan, a Wielka Brytania i Grecja po 4 proc. Inne kraje jako cel podróży wymieniano rzadziej.

gazeta.pl

Codziennie nowy ląd

admin | Hotele, Noclegi, Plaża, Spanie, Wakacje, Wczasy | 10 maja 2008

Codziennie nowy lądCodziennie nowy ląd

 

 

Statki wycieczkowe do portów i wysp przybijają zwykle o świcie. Ich pasażerowie codziennie mogą oglądać nowe widoki, poznawać nowe lądy, wsłuchiwać się w odgłosy tropikalnych lasów. Również w Polsce zaczyna się moda na rejsy luksusowymi cruseirami

Wśród czterdziestu polskich pasażerów, którzy popłynęli niedawno jednym z nich do portów Meksyku, Hondurasu i Belize, jedynie dwoje uczestniczyło wcześniej w takim rejsie.

– Większość osób z naszej grupy wiele razy spędzała wakacje za granicą, niektóre zwiedziły prawie cały świat. Ale rejs był dla nich czymś nowym – mów Karolina Kosińska ze specjalizującego się w turystyce morskiej i egzotycznej biura podróży Rudolf Travel.

Pamiętamy o „Batorym”

Rejsy na statkach wycieczkowych, dawniej dostępne jedynie dla nielicznych, stały się na świecie w ciągu ostatnich kilkunastu lat jednym z najpopularniejszych sposobów spędzania letnich i zimowych wakacji. Największymi ich amatorami są Niemcy, Francuzi i Hiszpanie. Prawdziwy boom zaczął się około dziesięciu lat temu, gdy liczba pasażerów wycieczkowych cruseirów wzrastała z roku na rok o 30 proc. W latach 1998 – 2002 przybyły też setki luksusowych jednostek. W tej chwili jest ich ponad 500, a licząc z mniejszymi statkami i jachtami – około tysiąca. Liczba armatorów specjalizujących się w żegludze wycieczkowej, licząc tylko największych, przekroczyła już 60. Do najbardziej znanych, nastawionych na podróżnych o średnich dochodach, należą Pullmantur, Norwegian Cruise Line, Costa, Carnival. Dla podróżnych o najwyższych wymaganiach przeznaczone są statki linii takich, jak Cunard czy Silversea. Ceny rejsów na nich zaczynają się od 5 – 6 tys. euro, a pasażerów obowiązuje bezwzględny zakaz wzajemnego fotografowania się. Wielka morska fala w światowej turystyce dotychczas nas omijała. Był to symbol niedostępnego dla zwykłego śmiertelnika luksusu. – Większości polskich turystów, zwłaszcza starszych, rejs statkiem wycieczkowym na morza południowe kojarzył się ze słynnymi, znanymi głównie z literatury wyprawami „Batorym” na Wyspy Kanaryjskie – ocenia prezes Rudolf Travel Barbara Plebankiewicz.

Taniej na Karaiby

Wyobrażenie to okazało się niezwykle żywotne nawet w czasach, gdy Polacy masowo ruszyli na wakacje za granicę. Armatorzy nie zwracali większej uwagi na polskich turystów. Niektórzy z nich mają wprawdzie w Polsce przedstawicielstwa, ale ceny wycieczek są w nich wyższe o 30, a czasem nawet 50 proc., niż oferowane np. przez biura podróży w Niemczech. Do tego klient musi z reguły sam zorganizować sobie przelot do portu, z którego wypływa statek. Jedynie nieliczne biura podróży starały się zachęcać turystów do wycieczek na dalekie morza. Biuro Marco Polo od prawie dwudziestu lat oferuje rejsy na różnych statkach i jachtach i w tym czasie zyskało niezbyt może liczną, ale wierną grupę klientów. Przed czterema laty rozszerzyło ofertę o podróże na wielkich wycieczkowcach. Cieszyły się one dotychczas umiarkowanym powodzeniem. Ale od początku tego roku liczba klientów wzrosła w porównaniu z ubiegłą zimą kilkakrotnie.

Od prawie roku działa w Warszawie biuro Rudolf Travel. Ta polska spółka specjalizującego się od lat w wycieczkach morskich niemieckiego biura Rudolf Reisen oferuje, podobnie jak w Niemczech, setki rejsów po morzach całego świata na statkach pięćdziesięciu armatorów. Można je kupić w pakietach obejmujących przelot po cenach nieodbiegających od cen zwykłych wycieczek do egzotycznych krajów. Na ośmiodniowy rejs na Morzu Karaibskim, z dodatkowymi noclegami w Miami, skąd wypływa statek, i przelotem możemy popłynąć już np. za ok. 4 tys. zł.

Nowoczesny statek wycieczkowy to wielki pływający hotel – zresztą podobnie jak hotelom przyznaje się im gwiazdki, z reguły cztery lub pięć – zabierający 1500 – 3500 pasażerów, na którym znajdziemy wszystko, co potrzebne, by spędzić komfortowe wakacje. Od basenów, saun, urządzeń spa i sal gimnastycznych po restauracje specjalizujące się w różnych kuchniach, bary, puby, kina i teatry. Dzieci – a płyną one z reguły za darmo – można oddać pod fachową opiekę, bez obawy, że będą się nudzić.

– Na statku zawsze coś się dzieje. Możemy uczestniczyć w dziesiątkach różnych imprez, z których największą jest gala z udziałem kapitana. Ale pomimo wielkiej liczby pasażerów ani na pokładach, ani w barach nie ma tłoku. Nie zdarzają się też nocne hałasy – zapewnia Karolina Kosińska. – Najwyżej trzeba liczyć się czasem z niewielkim kołysaniem.

Taksówka w każdym porcie

Wygody i atrakcje, z jakich można korzystać na statku, sprawiają, że część pasażerów w ogóle nie schodzi na ląd. Celują w tym zwłaszcza Amerykanie. Polacy na ogół ich nie naśladują. Większość z naszych turystów traktuje rejs jako okazję do poznania w ciągu zaledwie tygodnia czy dwóch kilku egzotycznych krajów. Zwykle w portach pierwsi schodzą ze statków i ostatni na nie wracają. Na pokładzie działa biuro podroży, oferujące kilkugodzinne wycieczki do najciekawszych miejsc w okolicy. Wiele osób woli jednak bliższy kontakt z odwiedzanymi krajami i organizuje sobie wypady na ląd na własną rękę. W każdym porcie na pasażerów wycieczkowców czekają taksówki i miejscowi przewodnicy. Wycieczkowce pływają po wszystkich wodach świata, głównie jednak po Morzu Karaibskim i Śródziemnym. Sezon na Karaibach to dla turystów z Europy okres od listopada do marca. Większość statków wypływa z Miami (co, niestety, oznacza dla Polaków konieczność uzyskania wizy amerykańskiej). Najkrótsze i na ogół najtańsze są rejsy na wschodnie Karaiby z postojami na Bahamach, St. Thomas, Dominikanie. Nieco dłuższe – na południe, do portów Barbados, San Lucia, Grenady, Curacao.

Wiosną część statków przepływa Atlantyk i dołącza do floty wycieczkowców pływających po Morzu Śródziemnym – z Barcelony, Nicei, Genui, Pireusu. Coraz więcej cruseirów pływa też po Morzu Północnym, np. do norweskich fiordów, i po Bałtyku. W tym roku pierwszy raz od czasów „Stefana Batorego” będzie można wsiąść na statek wycieczkowy w Gdyni.

rp.pl

Gdzie woda czysta, a życie proste

admin | Hotele, Noclegi, Plaża, Wczasy | 10 maja 2008

Moja ulubiona plaża leży w Meksyku. Dowiedziałam się o niej od koleżanki, która w rozmowie na temat tego kraju rzuciła nazwę: Ciakagła. Nie wiedziałam, jak się tę nazwę pisze, gdzie się to miejsce znajduje, jak tam dotrzeć. Wiedziałam tylko, że to plaża nad Pacyfikiem, na południu Meksyku.

Będąc w Ciudad de Mexico, odnalazłam na mapie i w przewodniku miejsce, które pasowało do opisu. Wynikało z niego, że leży w rezerwacie Chacahua, jednej z największych ostoi ptactwa w Mexico. Postanowiłam wybrać się nad Pacyfik po wizycie w Palenque i górzystym stanie Chapas. Dotarłam do Chacahua po kilkunastu godzinach podróży z San Cristobal de las Casas.

Najpierw autobusem do Puerto Escondido nad Pacyfikiem. Noc w rozkładanym fotelu minęła szybko. Pokonanie ostatnich 70 km zabrało trzy godziny. Najpierw jechałam rozklekotanym autobusem do Rio Grande. Moi towarzysze podróży w kapeluszach na głowach, z naręczami bananów na kolanach i z wrzeszczącymi kurami w klatkach opowiadali mi, jak cudnie się tutaj żyje.

W Rio Grande złapałam taxi colectivo, która zabiera tylu pasażerów i bagaży, ile kierowca zdoła upchać w samochodzie. Ściśnięta jak sardynka w puszcze dotarłam do Zapotalitos, małej wioski przy Laguna de Chacahua. Na brzegu kobiety sprawiały ogromne kolorowe ryby, a wnętrznościami karmiły krążące nad nimi pelikany. Kiedy zebrała się odpowiednia liczba pasażerów, łódź z motorem zabrała nas na drugi koniec laguny, gdzie wskoczyliśmy na zabytkowego pikapa. Po pół godzinie podskakiwania na wybojach i łykania kurzu znalazłam się wreszcie w wiosce Chacahua.

Z jednej strony szumiący Pacyfik, z drugiej porośnięta kaktusami pustynia. Między nimi plaża - bardzo szeroka, z czystym, białym, drobnym piaskiem. Słońce prażyło niemiłosiernie, piasek był tak gorący, że nie można było na nim stanąć gołą stopą. Woda w oceanie ciepła, w kolorach od intensywnie granatowego do słomianożółtego w zależności od pory dnia. Najprzyjemniej pływało się w lagunie, gdzie fale są mniejsze, a pływy nie tak silne jak w otwartym oceanie.

Miejsce odkryte zostało kilkanaście lat temu przez surferów. Miejscowi żyją w niewielkich domkach przy plaży lub nad laguną. Na lagunie znajduje się park narodowy, prawdziwy raj dla ptaków, występuje tu najwięcej ich gatunków w kraju.

Życie tutejszych ludzi jest proste -łowią ryby i owoce morza, zbierają spadające z drzew mango i kokosy. Potomkowie murzyńskich niewolników są otwarci i weseli. Od rana słuchają podrywającej do tańca muzyki i popijając zimne piwo, rozkoszują się pięknem swojego świata. Przyjezdnego natychmiast częstują rozweselającym skrętem. Nad laguną cały rok świeci słońce, a kiedy zdarzy się, że pada deszcz, jest ciepły i przyjemny.

W Chacahua wzdłuż plaży ustawione są drewniane wiaty pokryte palmowymi liśćmi. Można pod nimi zawiesić lub wynająć hamak. Na bardziej wybrednych turystów czekają cabanas -drewniane domki kryte palmowymi liśćmi. Za łazienkę służy baniak ze słodką wodą umieszczony na piasku. Obok wiat stoją garkuchnie i proste stoliki.

Wynajęcie hamaka kosztuje grosze. Ja nocowałam u Murzynki Berty. U niej nie płaci się za nocleg, lecz za jedzenie. To najlepsze rozwiązanie kwestii wyżywienia, bo w Chacahua jest wprawdzie minisklep, ale nie ma jak gotować. Poza tym jedzenie w Palapa de Berta jest znakomite i bardzo tanie. Wielki talerz smażonych krewetek z pieczonymi ziemniakami, sałatą, pomidorami i awokado kosztuje w przeliczeniu około15 zł.

Co można robić na plaży w Chacahua? Przede wszystkim się byczyć. Jeśli już komuś znudzi się bujanie w hamaku i popijanie zimnego mleczka ze świeżo przeciętego kokosa, może surfować, przyglądać się miejscowym łowiącym kraby i langusty, obserwować egzotyczne ptaki, spacerować kilometrami po wielkiej, pustej plaży. Można się też wybrać na przejażdżkę łodzią po lagunie (ok. 10 zł od osoby) lub pływać w oceanie, ale uprzedzam - woda ma tu temperaturę zupy.
Źródło : Rzeczpospolita

Cudzoziemcy kupują domy w Polsce tylko dla zysku?

admin | Hotele, Plaża, Spanie | 5 maja 2008

Cudzoziemcy kupują domy w Polsce tylko dla zysku?

 Mieszkanie, Nieruchomości

 

Warszawa, Kraków i… Świnoujście - to miasta, w których cudzoziemcy kupili w zeszłym roku najwięcej mieszkań i lokali użytkowych.

To, że w stolicy cudzoziemcy inwestują najchętniej, dla nikogo nie powinno być zaskoczeniem. Z najnowszego raportu MSWiA wynika, że w ich ręce trafiło tam przeszło 1,2 tys. lokali, czyli jedna trzecia wszystkich, które kupili cudzoziemcy w całym kraju. Niespodzianką nie jest też drugie miejsce Krakowa, którego walory turystyczne doceniło blisko 500 obcokrajowców, kupując tu przede wszystkim mieszkania, rzadziej lokale użytkowe (sklepy, usługowe czy biura). Co jednak zdecydowało o popularności Świnoujścia (182 transakcje), które wyprzedziło Gdańsk, Poznań i Wrocław?

Szef Zachodniopomorskiego Stowarzyszenia Pośredników Obrotu Nieruchomościami Wojciech Walasik nie ma wątpliwości, że największym atutem Świnoujścia jest bardzo atrakcyjne położenie (na wyspach). - Miasto ma połączenia promowe z Danią i Szwecją, a wkrótce ma być uruchomione połączenie kolejowe z Berlinem - zachwala działający tam pośrednik w obrocie nieruchomościami Krzysztof Szczygieł. Twierdzi, że mieszkania w Świnoujściu kupują nie tylko Skandynawowie i Niemcy, ale także m.in. Amerykanie i Kanadyjczycy, którzy mieszkania i lokale użytkowe traktują jako lokatę kapitału. Według Szczygła mieszkania w atrakcyjnych rejonach kosztują przeciętnie 4-5 tys. zł za m kw. Jednak w nowych apartamentowcach, które wyrastają jak grzyby po deszczu, trzeba się liczyć z wydatkiem przeszło 10 tys. zł za metr.

W tym roku sytuacja może się jednak zmienić. Prezes firmy Reas Kazimierz Kirejczyk zauważa, że w ostatnich dwóch latach aktywność cudzoziemców na rynku mieszkaniowym była o wiele większa, niż wynika to z danych MSWiA. Sęk w tym, że zdecydowanie preferują oni mieszkania w nowych budynkach. A ponieważ ich budowa trwa zwykle około dwóch lat, to dopiero w tym i w przyszłym roku w statystykach MSWiA pojawi się boom inwestycyjny, którego szczyt przypadł na 2006 r. - Może to być nawet 8 tys. mieszkań - potwierdza prezes redNet Property Group Robert Chojnacki. Tylko jego firma pośredniczyła w zakupie przez cudzoziemców, głównie Brytyjczyków i Hiszpanów, ponad 2 tys. mieszkań w Warszawie, Krakowie, Poznaniu, we Wrocławiu i w Łodzi. Do tej pory oddano do użytku ok. 400 z nich.

Kirejczyk nie wyklucza, że część mieszkań, w które inwestowali cudzoziemcy, nigdy nie trafi do statystyk. Dlaczego? Bo ci sprzedali je z zyskiem przed zakończeniem budowy. Chojnacki przyznaje, że postąpiła tak część inwestorów, głównie z Hiszpanii. Równocześnie twierdzi on jednak, że 85 proc. gotowych mieszkań należących do cudzoziemców trafiło na rynek najmu.

Zdaniem wiceprezesa redNet Property Group Michała Kosyrza dla inwestorów spekulacyjnych eldorado nad Wisłą już się skończyło, bo ceny mieszkań wyhamowały. Po 2009 r. najprawdopodobniej nie będzie więc już tak spektakularnych wzrostów liczby transakcji mieszkaniowych z udziałem cudzoziemców. Przypomnijmy, że w 2003 r., a więc przed przystąpieniem Polski do UE, kupili oni tylko 703 mieszkania, a w 2007 r. - blisko 2,7 tys., czyli prawie cztery razy więcej! To jednak wciąż niewiele, jeśli wziąć pod uwagę, że firmy deweloperskie i spółdzielnie oddały do użytku blisko 54 tys. mieszkań.

Z rejestrów MSWiA, do których dane dostarczają notariusze i sądy prowadzące księgi wieczyste, wynika, że w 2007 r. w ręce cudzoziemców (głównie firm unijnych) trafiło ok. 346 ha gruntów rolnych i leśnych. Tu jednak Polska wynegocjowała okres ochronny, w którym UE zgodziła się na reglamentowanie obrotu gruntami rolnymi i leśnymi oraz tzw. drugimi domami. Zakup tych nieruchomości - poza paroma wyjątkami - wymaga zezwolenia MSWiA.

Źródło: Gazeta Wyborcza

 

Cudzoziemcy kupują domy w Polsce tylko dla zysku?
Cudzoziemcy kupują domy w Polsce tylko dla zysku?

Wczasy na działkach

admin | Hotele, Noclegi, Plaża, Wakacje, Wczasy | 1 maja 2008

Płoccy emeryci i renciści uroczyście rozpoczęli wczoraj 23. już turnus wczasów na działkach.

Naprawdę lubią tak spędzać czas. Co rano spotykają się w ogródkach przy Gwardii Ludowej, jedzą tam śniadanie, potem obiad i kolację. Ale przede wszystkim rozmawiają, odpoczywają wśród zieleni, grają w kraty. Są też ich ulubione zabawy taneczne, pogadanki. Wieczorem wszyscy wracają do domów. Wczasy takie organizuje Polski Związek Działkowców, w finansuje urząd miasta.

gazeta.pl

Wczasy na działkach

 

Wczasy na działkach

Od 1 maja na trasie Trójmiasto - Półwysep Helski zaczną kursować tramwaje wodne

admin | Hotele, Plaża, Wakacje, Wczasy | 1 maja 2008

Na razie tylko w weekendy i święta, a od 21 czerwca do końca sierpnia będzie można nimi podróżować każdego dnia. Pierwszy tegoroczny tramwaj wodny wyruszy z Gdańska na Hel w czwartek o godz. 8.30, o godz. 9 zabierze podróżnych z Sopotu, a o godz. 9.30 wyruszy na Hel jednostka z Gdyni. Rejs z Gdańska na Hel kosztuje 16 zł, z Sopotu 12 zł, a z Gdyni na półwysep 10 zł. Natomiast kursy z Gdyni do Jastarni zostaną uruchomione 21 czerwca, wraz z początkiem wakacji.

Źródło: Gazeta Wyborcza Trójmiasto

Wakacje

admin | Hotele, Noclegi, Plaża, Spanie, Wakacje, Wczasy | 30 kwietnia 2008

Coraz bardziej lubię wakacje. A zwłaszcza wakacyjne wyjazdy. Im dalej tym lepiej.

Nie, nie, nie idzie tu ani o wakacyjne słońce, bo równie dobrze opalić się mogę we własnym ogrodzie przy ścinaniu trawy. Ani o ciepłe morza. Bo np. Atlantyk potrafi być równie chłodnawy jak nasz Bałtyk. Ani nawet o złociste plaże, bo nasze bałtyckie potrafią być równie piękne, a i często po prostu lepiej zagospodarowane niż te renomowane, zagraniczne. A i oko można na nich równie efektywnie od czasu do czasu zawiesić.

Chodzi o coś innego. Po pierwsze, dwa tygodnie całkowitej laby od polskiego piekiełka. Wystarczy kilka godzin lotu samolotem i już jesteśmy tam, gdzie w telewizorze nie usłyszymy ani słowa o tym, co powiedział o prezydencie i prezydentowej pewien ambitny duchowny. Ani też o tym co powiedziała ministerialna doradczyni o jakości krwi oddawanej do transfuzji przez uczestników polskiego Woodstock. I w żadnej gazecie nie będzie ani słowa o wykryciu nowych “taśm prawdy” przez polityka, który z jakąkolwiek prawdą ma niewiele wspólnego. Ani też o tym, że polityczny pupil premiera i ministra sprawiedliwości z dnia na dzień przestaje być bardzo cacy i robi się bardzo be. I w ogóle przez dwa tygodnie nie będzie się słyszeć, oglądać czy czytać ani słowa o tym całym morzu polskiej hucpy, czy po prostu siermiężnej głupoty. Bo tam nic a nic to po prostu nikogo nie interesuje. I taka medialna cisza warta jest naprawdę wszystkich pieniędzy. Bo od niej ciśnienie spada co najmniej o kilka punktów, a to jak wiadomo dobre “dla zdrowotności“.

W tym roku “dla zdrowotności” wybrałem się do Portugalii. Nie za daleko, nie za blisko, Europa, na urlop w sam raz. Kraj zresztą bardzo ciekawy. I mający historyczne szczęście ze względu na swe geograficzne położenie. Zagubiony gdzieś na końcu europejskiego świata, nikomu specjalnie politycznie nie był ani po, ani na drodze. Ostatnie poważne problemy miał we wczesnym średniowieczu z arabskimi Maurami (jeśli nie liczyć kilkudziesięcioletniego epizodu w XVII w. z uzależnieniem od Hiszpanii). Nie ma tu porównania z naszym geopolitycznym położeniem w samym środku europejskich wichrów wojny.

I choć miał przez wieki święty spokój, pomijając epizod wielkich odkryć i kolonialnych aneksji, za bogaty nie był. Ba, w drugiej połowie XX w. był jednym z najbiedniejszych krajów zachodniej Europy. Ale w 1987 r. (o ile dobrze pamiętam datę) przyjęto go do europejskiej Unii. No i zaczęło się! Dziś to kompletnie inny kraj. Zacznę od dróg, bo te znam chyba najlepiej, jako że w tzw. objazdówce zjechałem go wszerz i wzdłuż. Proszę sobie wyobrazić kraj, który powierzchniowo jest trzy razy mniejszy od Polski, ludnościowo cztery, a ma 4500 km autostrad. Ba, i to jakich. Nie zwykłych “ekspresówek” udających, jak u nas, autostradę, tylko autostrad z prawdziwego zdarzenia. Więcej niż we Włoszech. I to w liczbach bezwzględnych, a nie w żadnych przelicznikach. I to wszystko zbudowano od zera przez 20 unijnych lat.

Wakacje 

Wakacje

 

My w Unii jesteśmy już ładnych parę lat. I ile kilometrów autostrad udało nam się w tym czasie zbudować? Na warszawskiej “dojazdówce” do Płońska, wracając z lotniska wpadam w jakąś dziurę. Felga aż jęczy, nie obejdzie się bez prostowania. Tylko, że oni budują, a nie - za przeproszeniem Czytelnika - pieprzą w bambus! I na tych pięknych szerokich autostradach (zresztą i na miejskich ulicach też) spokój, cisza i pełen luz. Żaden wariat nie prostuje rury wyciskając z “garów” co Bozia i fabryka dała, nikt na nikogo nie trąbi, nic nie wymusza, nie wyprzedza na wariata. Efekt - nawet w wielkich miastach, jak np. Lisbona, nie stałem w korkach ani minuty, nikt mnie nie poganiał, nie pukał w czoło, zero adrenaliny. Ani na ulicach ani na drogach czy miejskich placach nie widziałem żadnego policjanta czy ochroniarza, spokojni, sympatyczni ludzie. No i ogromny boom budowlany. Portugalskie pagórki (zwłaszcza te nadmorskie) zabudowane są, rosnącymi jak grzyby po deszczu, domami i domkami. I to nie ponurymi blokami ani nieładnymi “gargamelami”, a naprawdę gustownymi skomponowanymi z krajobrazem domami i domkami.

Cóż, niektórzy to mają szczęście. I potrafią je wykorzystać. I na pewno nie stracą ani swego złotego rogu, ani czapki z piór.

gazeta.pl

Apartament z widokiem na Morze Czerwone

admin | Hotele, Noclegi, Plaża, Spanie, Wakacje, Wczasy | 30 kwietnia 2008

Zagraniczne mieszkania czy domy kupujemy dziś przeważnie w dwóch celach – z myślą o ich wynajmie lub wysokiej stopie zwrotu. Dlatego też zainteresowanie klientów sięga w różne strony – od Hiszpanii po Dubaj. – Coraz popularniejsze staje się kupowanie nieruchomości, głównie w celach inwestycyjnych, w USA czy też krajach, w których obowiązującą walutą jest dolar amerykański – mówi Jacek Szyc, szef biura nieruchomości Carisma.

W egzotycznych krajach

Gdzie kupować? – Warto przyglądać się szczególnie tym krajom, które do tej pory znajdowały się na marginesie aktywności inwestorów z całego świata, a które od lat znajdują się w centrum zainteresowania turystów. Turysta to bowiem potencjalny najemca naszej nieruchomości na okres wakacji. Popularność niektórych regionów wśród obieżyświatów czy urlopowiczów to gwarancja, że nasza inwestycja zacznie na siebie zarabiać, a tym samym zwracać poniesione na jej zakup koszty – opowiada Agnieszka Kranich, koordynator ds. nieruchomości zagranicznych w redNet 24 Agencja Nieruchomości.

Zauważa, że od wejścia w struktury Unii Europejskiej coraz bardziej na atrakcyjności zyskuje Bułgaria. Warto również zwrócić uwagę na szybko rozwijający się rynek nieruchomości w Turcji. Inwestorów coraz skuteczniej kuszą też bardziej egzotyczne kraje, w których spodziewany jest znaczny wzrost cen, np. Tajlandia i Malezja.

Odkrywanie Wenezueli

– Jednym z najnowszych odkryć naszych specjalistów jest również Wenezuela, a szczególnie wenezuelskie wyspy na Morzu Karaibskim – Coche i Margarita. Nie dość, że są to miejsca naprawdę piękne, to jeszcze pięknie zarabiające na siebie – przewidywany zwrot z wynajmu w ciągu roku sięga 17,5 – 20 proc. – opowiada Agnieszka Kranich.

Jak podaje Jacek Szyc, ostatnio sporym zainteresowaniem cieszą się apartamenty w stolicy Emiratów Arabskich, czyli w Dubaju.

Najbardziej przegrzane rynki to takie, w których wartość nieruchomości jest na tyle wysoka, że wpływ z ich wynajmu lub sprzedaży w celu zarobku nie przyniesie oczekiwanej wartości. – Nie inwestujmy tam, gdzie ceny nie będą już rosły, oraz tam, gdzie zwrot z wynajmu nie pokryje kosztów naszej inwestycji – Agnieszka Kranich.

Atrakcyjne oferty

Sporym zainteresowaniem cieszy się ostatnio Egipt – coraz więcej inwestorów, m.in. z Wielkiej Brytanii, Niemiec i Rosji, szuka tu ciekawych ofert. W efekcie w niektórych miejscowościach ceny rosły nawet w tempie 250 proc. rocznie. Podczas gdy sześć lat temu metr kwadratowy kosztował ok. 600 funtów egipskich, czyli ok. 300 złotych, dziś stawki te sięgają 1,2 – 5 tys. funtów. Mimo to są to stawki wciąż atrakcyjne. – Egipskie kurorty mają ofertę tańszą o ok. 30 – 40 proc. niż bułgarskie atrakcyjne miejscowości wypoczynkowe. A za cenę sprzedanego w Polsce mieszkania możemy w Egipcie kupić apartament – twierdzi Jacek Szyc.Jak bowiem podają analitycy z Money.pl, apartament nad Morzem Czerwonym kosztuje nawet i 150 tys. zł. Na przykład umeblowana kawalerka z drugiej ręki, pow. ok. 50 mkw. w ścisłym centrum Hurghady, egipskiego kurortu, kosztuje ok. 30 tys. dolarów amerykańskich. Małe mieszkanie w bardziej atrakcyjnych dzielnicach kosztują ok. 45 – 50 tys. dolarów – tak wynika z raportu Money.pl.

Szoku nie wzbudzają też ceny mieszkań i apartamentów w nowych projektach, które powstają głównie z myślą o cudzoziemcach w egipskich kurortach na riwierze Morza Czerwonego. Metr kwadratowy w nowym mieszkaniu kosztuje ok. 2500 funtów egipskich za stan surowy. Mieszkania w lepszym standardzie wykończenia kosztują ok. 3 – 3,2 tys. funtów egipskich. Lokal w standardzie pod klucz to wydatek ok. 4 tys. funtów egipskich za każdy metr. Niemal o połowę tańsze są Aleksandria i Kair.

Na różnych warunkach

Inwestorzy, zależnie od charakteru kraju, skupiają się na nieruchomościach wakacyjnych bądź komercyjnych. W tym pierwszym przypadku mogą to być rezydencje, domy lub apartamenty w luksusowych kondominiach. – Warunkiem koniecznym sukcesu rynkowego jest w pierwszej kolejności znakomita lokalizacja w znanym i uznanym kurorcie, lokalizacja w pierwszej linii brzegowej, z wieloma funkcjami dodatkowymi, takimi jak basen czy kort tenisowy. Podaż tego rodzaju nieruchomości jest ogromna. Wymagający klient poszukuje najlepszych lokalizacji, dających, na coraz bardziej konkurencyjnym rynku, gwarancję i pewność zakładanych zwrotów zainwestowanego kapitału – opowiada Anna Terlecka CB Richard Ellis.

W każdym, choćby najbardziej cywilizowanym kraju należy jednak ostrożnie podejmować decyzję o zakupie lokum. Przede wszystkim warto sprawdzić warunki sprzedaży nieruchomości cudzoziemcom. – Czasem problemy z zagraniczną nieruchomością nie są rezultatem skomplikowanego systemu nabywania mienia czy nieuczciwości sprzedawców, lecz efektem nieznajomości lokalnej specyfiki. Na przykład ceny metra kwadratowego w Bułgarii i Rumunii często wydają się Polakom bardzo konkurencyjne wobec podobnych projektów w Polsce. Jednak według tamtejszych standardów do powierzchni użytkowej mieszkania lub domu wlicza się również np. metraż balkonu, tarasu, loggii itd. i dopiero przez tak „powiększoną” liczbę dzieli się cenę całkowitą lokalu, która niekiedy bywa porównywalna z polskimi projektami – opowiada Agnieszka Kranich.
Źródło : Rzeczpospolita

Apartament z widokiem na Morze Czerwone

Polski Wordpress
Oparte na WordPress | Theme by Roy Tanck. Tłumaczenia dokonał azWeb dla Polski support WordPress b1seowebpc188130 gadżety kredyt hipoteczny Kinkiety pozycjonowanie